74. rocznica zdobycia Monte Cassino

18 maja 2018 roku przypada 74. rocznica zdobycia wzgórza Monte Cassino przez żołnierzy gen. Andersa. Zatknięcie polskiej flagi i odegranie w południe polskiego hymnu na wzgórzu było zwieńczeniem jednej z najbardziej zaciętych bitew stoczonych w trakcie II wojny światowej.

Dziś szczególnie wspominamy niezwykłego człowieka, Pana Franciszka Pykosza, mieszkańca Załęża, uczestnika walk o wzgórze i klasztor na Monte Cassino.

Od 3 września 1939 r. do 17 września 1939 r. Franciszek Pykosz brał udział w wojnie obronnej początku II wojny światowej.

Od 27 września 1941 r. do 18 maja 1947 r. jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie walczył na terenie Włoch. Do kraju powrócił z Anglii w 1947 r.

 

Więcej o życiu Franciszka Pykosza TUTAJ.

Więcej o bitwie o Monte Cassino przeczytacie TUTAJ.

 

Na wzgórzach Monte Cassino

Oddział, w którym służył Franciszek Pykosz, walczył na wzgórzach San Angelo zwanych wzgórzami Anioła Śmierci. Mimo obaw przed śmiercią nikt nie wycofał się. Franciszek wspominał, że bał się śmierci, mimo, że był na wojnie, nigdy nie oswoił się z tą myślą. Natykał się na nią, niejeden raz zaglądała mu w oczy. A na stokach Monte Cassino, chcąc nie chcąc, musiał dosłownie deptać po trupach. Czasem zdarzyło mu się nawet stąpnąć na rannego. Nigdy nie zapomniał tego koszmaru.

Wspominał, że raz, gdy szedł przez pole bitwy, ktoś złapał go kurczowo za nogę i nie chciał go puścić. Obejrzał się, aby zobaczyć, do kogo te ręce należą. Ujrzał przed sobą młodziutkiego żołnierza, bez nóg, a w dodatku przerąbanego na pół. Wnętrzności z niego uchodził,y, a on tak błagał: „Dobij, kolego!”

Franciszek odpowiedział, że nie może, ale żołnierz błagał go nadal. Chwycił go za drugą nogę. Franciszek stał jak skamieniały, nie wiedział, co zrobić. Nie miał serca zabijać, poza tym sumienie mu na to nie pozwalało. W końcu nie wytrzymał już widoku rannego żołnierza. Zwrócił się do niego: „Trzymaj się, kolego!” i odszedł.

Upór nadludzki, patriotyzm gorący i hart ducha, cechowały wszystkich żołnierzy II Korpusu. Na San Angelo, Franciszek nie był sam. Razem z nim walczyli żołnierze z pobliskich wiosek podkarpackich.

Próby przełamana linii Gustawa nie dawały długo rezultatu. Niemcy, atakowani przez wojska brytyjskie i amerykańskie, bronili się zaciekle odpierając atak za atakiem. Nie byli już tak dumni, jak na początku wojny, ale ciągle posiadali dobre uzbrojenie. Czaili się w bunkrach, siejąc wokół ogień. Zapory ogniowe były najgorsze. Zadaniem żołnierzy ppłk Gnatowskiego, który przejął batalion po zabitym ppłk Stoczkowskim, było ostrzeliwanie z ciężkich moździerzy głębokich jarów i torowanie drogi piechocie. W ciągu dwóch ostatnich tygodni, poprzedzających zwycięską ofensywę (11 – 18 maja) pod osłoną nocy, żołnierze gromadzili  amunicję do moździerzy. Amunicję przenosili na własnych barkach, bo oczywiście nie było mowy o dowiezieniu jej na odpowiednie stanowisko. Praca, którą wykonywano, była bardzo wyczerpująca, ponieważ na każdy moździerz przypadało 4 tony amunicji. Mimo to, żołnierze nie oszczędzali się.

Na małym skrawku ziemi były ustawione 2 tys. dział i moździerzy. Trudno sobie wyobrazić, jaki straszny huk tam panował. Okropny zapach był spotęgowany gęstym dymem zastosowanym przez żołnierzy polskich do zamaskowania stanowisk.

Cztery dywizje zostały zgrupowane w dwie, które biły w sam środek Monte Cassino, aby przełamać grzbiet. Udało się, ale dopiero po paru dniach. Zginęło wielu żołnierzy, a kto nie padł rwał na swoim stanowisku aż do zwycięstwa, aż do zdobycia klasztoru.

Wielu z żołnierzy nie wierzyło wówczas w zwycięstwo. A ten dzień okazał się najtragiczniejszym spośród wszystkich dni walki. Wszystkie jednostki udały się na front. Wszyscy żołnierze byli bardzo zmęczeni i wyczerpani, ale walczyli, mimo że ostatnimi siłami jakie posiadali. W okopach Monte Cassino Franciszek często myślał, czy ktoś kiedyś doceni ich trud i będzie o nich pamiętał.

Major „Stary” został zabity. Na jego miejscu stanął major Machnacki, który powiedział żołnierzom, że dla uczczenia pamięci kochanego majora, muszą wykonać jego ostatni rozkaz, tj. „Naprzód!”. Żołnierze ruszyli.

Franciszek walczył na najtrudniejszym odcinku, tj. Górze Śmierci. Nikt już nie dbał o swoje życie. Wszyscy żołnierze chcieli w końcu zwyciężyć. Klasztor był zdobywany ogromnym wysiłkiem, którego nie da się wyrazić słowami. Nadszedł moment kulminacyjny, w którym wszystko mogło się wyjaśnić. I nagle ogromna radość zapanowała w sercach żołnierzy – klasztor został zdobyty, a Niemcy pokonani.

Na murach zdobytych umocnień zawisła polska flaga. Franciszek wspomina:

„Patrzyłem na sztandar z ogromną miłością i dumą”.

Alianci byli bardzo wdzięczni Polakom. Docenili ich wysiłek.

Na drugi dzień rozbrzmiewał komunikat: „we Włoszech zdobyto Monte Cassino. Polacy to najlepsi żołnierze, jakich wydała wojna”.

Ten sukces został jednak okupiony ogromnymi stratami. Pod Monte Cassino poległo ponad 900 polskich żołnierzy, a około 3 tys. zostało rannych. Po wojnie na stoku wzgórza założono polski cmentarz wojskowy.

Po dwutygodniowym odpoczynku, żołnierze polscy zostali skierowani na inny odcinek frontu nad Morze Adriatyckie w rejon m.in. Ankony i Rawenny. Brali również udział w walkach o zdobycie przepraw na rzekach Senio i Idice. W walkach o zdobycie przeprawy na rzecze Idice, Franciszek został ranny. Po rekonwalescencji wrócił do macierzystej jednostki i walczył o Forli, Vaenze i Bolonię. Wojna we Włoszech skończyła się bitwą o Bolonię, gdzie Niemcy ponieśli ostateczną klęskę. Skapitulowali 8 maja 1945 r.

Franciszek Pykosz cały czas walczył w 5 Pułku Przeciwpancernym w 5 Dywizji Piechoty w stopniu ogniomistrza pod dowództwem ppłk Buerotta.

 

Cześć Jego pamięci.

 

 


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.