Ksiądz Jan Pykosz (1901 – 1944)

Przedstawiamy sylwetkę księdza Jana Pykosza, pochodzącego z Załęża kapłana salezjanina, który swoje życie poświęcił pracy z młodzieżą, a w czasie wojny zginął z rąk hitlerowców w obozie koncentracyjnym.

Ksiądz Jan Pykosz urodził się w 1901 r. w Pittsburghu w USA, jako drugie z czworga dzieci Michała i Anny Pykoszów. Znacznie wcześniej ojciec Jana, Michał, który powrócił z wojska austriackiego, wyemigrował wraz ze swoim bratem do USA w poszukiwaniu pracy. Sprowadził następnie swoją narzeczoną, Annę, z domu Bolek. Pobrali się w Stanach Zjednoczonych, tam urodziło się czworo ich dzieci: Emilia (żyła tylko osiem miesięcy), Jan, Edward, Franciszek i Helena.

W 1908 roku rodzina Pykoszów powróciła do Załęża. Wkrótce wybudowali dom, pierwszy murowany dom w Załężu, a następnie kupili 5 hektarów ziemi i założyli gospodarstwo. W Załężu urodziła się młodsza siostra Jana – Marianna. Ojciec Jana, ze względów finansowych, zmuszony był ponownie udać się na emigrację do USA. Dzięki regularnie przysyłanym pieniądzom gospodarstwo mogło się rozwijać. Podobny los spotykał wówczas także inne rodziny z Załęża – zarobione na emigracji pieniądze pozwalały utrzymywać rodziny i powiększać gospodarstwa poprzez zakup ziemi.

Mały Janek uczęszczał cztery lata do szkoły podstawowej w Załężu. Jego nauczycielem był Stanisław Sochacki. Chłopiec chodził do szkoły, a po lekcjach pomagał przy gospodarstwie. Latem spędzał czas nad rzeką, a zimą udzielał się w szkolnym kółku teatralnym, które wystawiało sztuki religijne i patriotyczne.

Mieszkańcy Załęża tamtych czasów pielęgnowali tradycje związane z życiem religijnym, czcili świętych, kult religijny akcentowany był przez uszanowanie świętych obrazów, patronów, obchodzenie świąt, wspólną modlitwę. Wyrazem pobożności i dobrego wychowania był także szacunek wobec starszych. Prowadzona we wsi w tym czasie działalność charytatywna była także przykładem realizacji miłosierdzia bożego. Centralnym ośrodkiem życia religijnego wsi była świątynia – wybudowany w 1783 roku drewniany kościół. W niej skupiało się życie liturgiczne i sakramentalne parafii. We wsi działały także bractwa i stowarzyszenia, propagujące m.in. odmawianie różańca, litanii, koronek oraz adoracji Najświętszego Sakramentu, przyczyniając się w ten sposób do podniesienia życia moralnego. Przyszły ksiądz swoją wyjątkową pobożność i przywiązanie do wartości patriotycznych wyniósł zatem ze środowiska, w którym wzrastał, a przede wszystkim z domu rodzinnego.

Plany Jana – chciał kontynuować naukę w gimnazjum – pokrzyżowała I wojna światowa. Z tego też powodu ojciec Jana nie mógł wrócić do domu z emigracji.

W 1914 roku do wojska austriackiego zostało zabranych około 50 mężczyzn z Załęża, sami Rosjanie pojawili się we wsi 26 grudnia 1914 roku. Przemarsze zdemoralizowanego żołdactwa, które grabiło cudze dobytki, biło ludzi stawiających opór, rekwirowało ziemniaki, zboże, żywy inwentarz – były wyjątkowo uciążliwe i dotkliwe dla mieszkańców Załęża. W marcu 1915 roku Rosjanie wyruszyli na front, pozostawiając po sobie spustoszenie i zarazę czarnej ospy, w wyniku której zmarło ponad 30 osób, w tym ośmioletnia siostra Jana – Marianna.

Upragnioną wolność mieszkańcy Załęża przyjęli z radością – na tę okazję młody Janek ułożył piosenkę, która zyskała popularność wśród miejscowej ludności:

„Rzeko nasza, rzeko miła,

która wśród nas płyniesz;

słuchaj falo, co ci mówię,

zanim wioskę miniesz:

O Wisłoko, która płynąc,

mijasz miasta, wioski,

szemrząc mruczysz, że minęły

dni niewoli troski.

Ale ja nie mogę z tobą

płynąć wśród topieli,

płyńcie same

o wolności nucąc coraz śmielej”.

 

Osobowość młodego Janka kształtowała się również poprzez literaturę. Umiłował książki, pożyczał je od swojego kuzyna, kleryka Edwarda Pykosza i od miejscowego nauczyciela Tadeusza Wiśniowskiego, który wynajmował mieszkanie w domu państwa Pykoszów w latach 1915 – 1918. Były to książki głównie z literatury pięknej i historii.

Janek wiele lat służył jako ministrant, pozostając pod silnym wpływem ówczesnego proboszcza parafii i jednocześnie dziekana dekanatu żmigrodzkiego, ks. Zygmunta Kwiecińskiego (w parafii w latach 1883 – 1936). Ksiądz Kwieciński znany był ze swojej gorliwości, głosił także długie kazania.

„W nauczaniu kładł zwłaszcza nacisk na okazywanie szacunku dla rodziców i ludzi starszych. Dbał również o pełne skupienie w czasie nabożeństw. Po niedzielnych nieszporach odpytywał ludzi, zwłaszcza młodzież, z katechizmu i treści Ewangelii. Raz w roku, w czasie odpustu parafialnego, na uroczysty obiad zapraszał żebraków z okolicznych miejscowości, przybyłych na odpust. Często odwiedzał ludzi chorych i potrzebujących duchowej pomocy”.

Po wojnie, jesienią 1919 roku młody Jan Pykosz rozpoczyna naukę w gimnazjum salezjańskim w Daszawie koło Stryja. 11 sierpnia 1923 roku to początek nowicjatu zakonnego w Kleczy Dolnej koło Wadowic. W uroczystościach wzięła udział także mama kleryka Janka. Śluby zakonne Jan Pykosz składa 12 sierpnia 1924 roku.

Pierwsze lata życia zakonnego Jan poświęcił na studia filozoficzne, a także na praktykę pedagogiczną w Wychowawczym Zakładzie Lubomirskich w Krakowie i sierocińcu przy ul. Litewskiej w Warszawie. W ten sposób realizował zadania Towarzystwa św. Franciszka Salezego, założonego w 1859 roku przez św. Jana Bosko, które skupiało się głównie na apostolstwie młodzieży.

Niestety w tym czasie do Jana dotarły smutne wieści z Załęża: w 1927 roku, w wieku 24 lat, przy porodzie zmarła jego siostra Helena, dziecko zaś przeżyło tylko kilka miesięcy. 30 sierpnia 1929 roku w wypadku przy pracy zginął ojciec Jana.

29 czerwca 1933 roku Jan Pykosz przyjął święcenia kapłańskie w Salezjańskim Instytucie Teologicznym, a swoją mszę prymicyjną odprawił wkrótce w rodzinnym Załężu.

Miejscem pracy młodego księdza stał się ośrodek salezjański przy ulicy Wodnej w Łodzi, gdzie pracował z młodzieżą. Zajmował kolejno stanowiska kierownika oratorium, katechety i prefekta młodzieży. W 1938 roku został pierwszym dyrektorem nowo utworzonego zakładu w Gnojnie koło Kutna. Dzięki staraniom ks. Dziekana Michała Woźniaka, proboszcza z Kutna, zakupiono niedokończony pałac i gospodarstwo. Ks. Jan Pykosz z koadiutorem Klimkiewiczem udali się do Gnojna, aby zagospodarować nową placówkę (pełniła funkcję m. in oratorium, domem dziecka).

Po wybuchu wojny Łódź i jej okolice znalazły się w obrębie tzw. kraju Warty (Warthegau). Ks. Jan Pykosz, wezwany na przesłuchanie przez okupantów, miał możliwość wyjazdu z kraju ze względu na amerykańskie pochodzenie. Jednak odmówił. Został aresztowany, a następnie zwolniony. Wkrótce zmuszono go do opuszczenia placówki w Gnojnie, gdzie pozostał koadiutor Teofil Sadowski.

Jesienią 1939 roku z polecenia przełożonych, ks. Jan Pykosz rozpoczyna pracę w Salezjańskim Zakładzie Wychowawczym dla młodzieży im. ks. Siemca w Warszawie. W tamtym czasie był to już ważny ośrodek pracy z młodzieżą, mający status gimnazjum graficznego, gdzie czas wypełniała nauka i praktyka zawodowa. Było to także centrum i ognisko życia salezjańskiego z uwagi na fakt, że do Zakładu przeniesiono z Oświęcimia siedzibę inspektoratu prowincji św. Stanisława Kostki. W 1943 roku, a więc już w czasie działań II wojny światowej, na ul. Lipową przeniesiono też dom dziecka z ul. Litewskiej.

Tak wspominał ks. Pykosza jego zastępca z tamtych lat, ks. Stanisław Janik: „ks. Jan Pykosz był to święty człowiek. Bardzo obowiązkowy, dbał o porządek, o chłopców”.

Ks. Henryk Ignaczewski, duszpasterz zakładu w latach 1941 – 1943 relacjonował: „ Ks. Dyrektor Pykosz był to człowiek rzetelny, obserwant w odniesieniu do reguły i życia zakonnego, obowiązkowy, kryształowy charakter. Dbał o wszystkich wychowanków i współpracowników. Wymagający od innych, ale przede wszystkim od siebie, pobożny, duchowość pełnowartościowa”.

Mimo okupacji i trudnych czasów wojny, ks. Pykoszowi udawało się utrzymać w zakładzie ponad 120 chłopców, przeważnie sierot.

Ks. Julian Rykała opisywał, że ksiądz Jan był „pełen taktu w stosunku do podwładnych, dbał o ścisłe przestrzeganie reguł, dając wzniosły przykład swoim postępowaniem. Niezwykła pracowitość, gruntowna pobożność, ujmująca uprzejmość i błyskotliwy dowcip zyskały mu wielką sympatię i szacunek nie tylko wśród najbliższego kręgu współbraci i podwładnych, ale także wśród szerokich kół społeczeństwa stolicy, stykającego się z życiem zakładu i kościoła Świętej Rodziny”.

Hitlerowcy kilkakrotnie kontrolowali zakład, znaleźli tam schowaną broń i amunicję. Wcześniej aresztowali wychowanków Zakładu wykonujących zadania w ramach działalności konspiracyjnej. 7 lutego 1944 gestapo aresztowało ks. Pykosza, a także pracowników i wychowanków Zakładu (58 osób, w tym 13 księży, 13 braci zakonnych i 32 wychowanków). Zostali przewiezieni na Pawiak. Przed opuszczeniem placówki, ks. Pykoszowi udało się jedynie wymóc na gestapowcach, żeby zapewnili opiekę dla najmłodszych chłopców, którzy pozostali w Zakładzie.

W więzieniu śledczym na Pawiaku, ks. Pykosz został odizolowany od pozostałych współtowarzyszy i poddawany przesłuchaniom na alei Szucha 26. Miejsce to okryło się złą sławą w czasie wojny. Metody śledztwa stosowane przez gestapowców na Pawiaku były okrutne i upokarzające: więźniów katowano w trakcie przesłuchań, wielu umierało w czasie „badania”, inni popełniali samobójstwo rzucając się z okien wysokich pięter w dół. Wybijano im zęby, miażdżono palce, kopano, znęcano się nad nimi.

Po śledztwie na Pawiaku, ks. Pykosz wraz z księżmi ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo (lazaryści): ks. Janem Rzymełką, ks. Tadeuszem Szerzysko oraz salezjanami: ks. Stefanem Wojciechowskim i ks. Julianem Rykałą zostali przetransportowani do obozu koncentracyjnego KL Gross – Rosen. Do obozu dotarli 29 marca 1944 r. Jeszcze przed wyjazdem transportu zostali dotkliwie pobici, to miało uniemożliwić im ucieczkę.

KL Gross – Rosen położony niedaleko Wałbrzycha znany był z wyjątkowego okrucieństwa i uśmiercania ludzi głodem, terrorem i katorżniczą pracą. Podstawę funkcjonowania obozu stanowiły bowiem kamieniołomy, w których wydobywano granit.

Ks. Jan pracował najpierw przy lorach, czyli przy wózkach z drobnym kamieniem posuwających się po szynach. Hitlerowcy pracujący w obozie, wchodzący w skład „trupiej czaszki”, znienawidzili zwłaszcza osoby duchowne, wyładowywali się na więźniach, rekompensując sobie niejednokrotnie niepowodzenia wojenne na froncie. Ks. Jan był wielokrotnie bity, co stopniowo, w połączeniu z potwornym głodem, niszczyło jego zdrowie. Niemniej, jak wspominają więźniowie, ks. Pykosz wielokrotnie służył oparciem duchowym dla innych.

„Ks. Jan cierpiał cicho i mężnie. Zmaltretowany do ostateczności, skopany i zbity, że aż ciało robiło się sine”.

Ze względu na pogarszający się stan zdrowia, ks. Pykosz został przeniesiony do prac ziemnych w ogrodzie, jednak rozłąka z współbraćmi wpływała bardzo niekorzystnie na jego samopoczucie. Prawdopodobnie miał odbite nerki, do czego przyczyniły się mroźny klimat, głodowe porcje jedzenia, praca ponad siły i obrażenia ciała od ciągłego bicia. Przeniesiono go w końcu na rewir, czyli rodzaj więziennego szpitala. Niemcy wprowadzili okrutną praktykę poddawania chorych więźniów kąpielom, które odbywały się w mroźne i wietrzne dni. Więźniowie, pozbawieni ubrania, musieli czekać na mrozie. W wyniku takich kąpieli u ks. Jana wywiązało się zapalenie płuc i wysoka gorączka.

Ostatnie chwile ks. Pykosza znamy z relacji jego współwięźniów. Ks. Jan prosił m. in. “Jak wrócicie, pamiętajcie o nieodprawionych mszach świętych” (ks. S. Janik, numer obozowy 23843). A także: „Nie mówcie mojej matce, w jakich warunkach umieram”. 67 – letnia wówczas matka Jana od 15 lat była wdową. „Miała kiedyś sześcioro dzieci. Trzy córki już nie żyły. Spośród trzech synów, Edward został pobity przez hitlerowców i zmarł w grudniu 1943 roku, o synu Franciszku wiedziała wówczas tylko tyle, że po bitwie pod Lwowem dostał się do niewoli radzieckiej i został zesłany na Sybir. Pozostał matce Janek, ksiądz, o którym wiedziała od księży warszawskich, że został uwięziony przez Niemców”.

Ks. Jan w chwilach męki, dużo się modlił, jego ulubione westchnienie to słowa: „Wszystko dla Jezusa”.

Oto świadectwo pewnego Włocha z Neapolu, pełnego podziwu dla heroizmu księdza:

„Dnia 7 maja 1944 roku ks. dyrektor wezwał do siebie przez oddanych mu ludzi ks. Jana Cybulskiego, któremu przyjaciele umożliwili wizytę i wtedy oznajmił mu z zupełnym poddaniem się woli Bożej swoją bliską śmierć. Na jego ręce i przez niego pożegnał swoich współbraci, znajomych i bliskich, dziękował za wszystko i przepraszał. W 24 godziny później przeniósł się do wieczności. Następnego dnia piece krematoryjne przyjęły nową ofiarę hitlerowskiego reżimu”.

Ks. J. Rykała relacjonował: „Ks. Jan Pykosz jako przełożony, pierwszym był wśród współbraci w ponoszeniu wszelkich kłopotów życia zakładowego, tak ciężkiego w latach okupacji, pierwszy po aresztowaniu nadstawiał swoje ciało na razy morderczych uderzeń katów, biorąc całą odpowiedzialność na siebie i pierwszy też pospieszył do Pana po palmę zwycięstwa po odbytej martyrologii”.

Krótka notatka o ks. Janie Pykoszu, zachowana w Archiwum Inspektoratu Towarzystwa Salezjańskiego w Warszawie, autorstwa prawdopodobnie jego współwięźnia, ks. J. Cybulskiego (numer obozowy 23751):

„Ks. dyrektor Jan Pykosz był to kapłan skromny w obejściu, a silny umysłem i nieugiętej woli. W najcięższej chwili życia, kiedy go bestialsko bito, poniewierano i kopano, nie wydał na pastwę hitlerowskich zbirów nikogo. A gdy go boleśnie skatowanego wleczono do więzienia, jeszcze błagał, by się zaopiekowano opuszczonymi przez niego sierotami. W samym więzieniu, choć złośliwie odosobniony i najbardziej wyszukanym poddany przez sadystów torturom sam się już łamał, potrafił przecież podtrzymywać innych na duchu i zachęcać do mężnego niesienia krzyża”.

Opracowano na  podstawie broszury ks. Władysława Pykosza „Ks. Jan Pykosz (1901 – 1944). Życie i męczeństwo”, Jasło 2003.

 

Fotografie pochodzą z broszury.


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.