„Tarnina miała kolor maków” 70. rocznica bitwy o Monte Cassino. Wspomnienie o Franciszku Pykoszu.

czerwone maki70 lat temu, 18 maja 1944, żołnierze II Korpusu pod dowództwem gen. Władysława Andersa zatknęli biało-czerwoną flagę na ruinach klasztoru Monte Cassino. Była to najkrwawsza walka zachodnich aliantów z niemieckim Wehrmachtem.

Wiosną 1944 r. Niemcy z trudem odpierali ataki wojsk sprzymierzonych na Wschodzie i Zachodzie Europy. We Włoszech jednak wojska alianckie toczyły walkę niemal o każdy kawałek ziemi. Żołnierze Werhmachtu silnie umocnieni w masywie Monte Cassino zagradzali drogę do Rzymu. Trzy ataki aliantów nie powiodły się. W czwartym ataku na Monte Cassino, rozpoczętym 11 maja 1944 r., wzięli udział polscy żołnierze II Korpusu pod wodzą gen. Władysława Andersa. 18 maja 1944 r., po siedmiu dniach ataku, który kosztował życie ponad 1000 polskich żołnierzy, Monte Cassino zostało zdobyte. Na wzgórzu zawisła biało-czerwona flaga.

Wśród żołnierzy walczących o Monte Cassino był również mieszkaniec Załęża, Franciszek Pykosz. Od 27 września 1941 r. do 18 maja 1947 r. jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie walczył na terenie Włoch.

Franciszek Pykosz

W wywiadzie udzielonym w latach 80. XX w. rzeszowskim „Nowinom” (red. E. Barłowska, źródło: Złota Księga OSP Załęże), Franciszek Pykosz tak wspominał dramatyczne chwile walki o wzgórze:

„Byłem jednym z polskich żołnierzy walczących na Monte Cassino. Szefem baterii w stopniu plutonowego – w batalionie podpułkownika Stoczkowskiego.

Wiedzieliśmy, co znaczy Monte Cassino. Obleciał nas wszystkich strach, gdy powiedziano nam, że idziemy do głównego natarcia. Mówimy zdesperowani – co ci Anglicy z nami wyprawiają. Byłem cały oblany potem. I myśl natrętna nie dawała mi spokoju. Czy w przyszłości zainteresuje się ktoś tym wszystkim, co my tu przeżywamy? Mój sąsiad, Białorusin trąca mnie i mówi, – Franciszku, nie mamy już żadnej drogi. A ja mu na to.- Mamy jedną. Iść do przodu!

Lata 1943 – 1944. Konwój składający się z 36 okrętów zbliża się do Włoch. Wśród żołnierzy jestem i ja, były ułan. Na morzu niebezpiecznie. Wojna trwa. Po dopłynięciu do celu wysiadamy na ląd. Jeszcze trochę i dowiadujemy się, że idziemy na front jako armia odwodowa luzująca oddziały brytyjskie. Tym frontem było Monte Cassino. My skupiliśmy się na wzgórzach San Angelo, zwanych Wzgórzami Anioła Śmierci.

Pyta pani czy można się oswoić ze śmiercią? Odpowiadam – nie, nigdy, przenigdy. Na wojnie też nie. Natykałem się na nią. Zaglądała mi niejeden raz w oczy. Na stokach Monte Cassino, chcąc nie chcąc, musiało się deptać po trupach, tak ich było gęsto. Czasami i na rannego nastąpiło się.

Nie zapomnę tego koszmaru do końca moich dni. Stawiam nogę, a tu ktoś łapie ją kurczowo, ściska. Patrzę do kogo te ręce należą. Widzę młodziutkiego żołnierza, kikut bez nóg przerąbany na pół. Żywe wnętrzności z niego uchodzą, a on błaga. Dobij kolego! Nie mogę, przyjdzie sanitariusz – odpowiadam. On kręci głową. Łapie mnie za drugą nogę. Nie odejdziesz kolego. Nie odchodzę, ale broni nie wyciągam. Stoję skamieniały.

Upór nadludzki, patriotyzm gorący i hart ducha cechowały nas wszystkich. Proszę mi wierzyć. To nie jest żaden mit. Tak było naprawdę.

Na San Angelo byli wraz ze mną krajanie: Jan Twardzik z Męcinki, Kosiek z Kowalowych, Setlak z Osobnicy i Trzeciak z Zarzecza. Walczyli dzielnie, jak na jaślaków przystało.

Próby przełamania linii Gustawa nie dawały długo rezultatów. Niemcy atakowani (przez kilka miesięcy) przez wojska brytyjskie i amerykańskie bronili się zaciekle, odpierając atak za atakiem. Już nie byli tak dumni i butni, ale ciągle świetnie uzbrojeni. Czaili się w bunkrach, siejąc wokół ogniem.

Te zapory ogniowe były najgorsze. Zadaniem żołnierzy ppłk. Gnatowskiego, który przejął batalion po zabitym ppłk. Stoczkowskim, było ostrzeliwanie z ciężkich moździerzy głębokich jarów i torowania drogi piechocie. W ciągu dwóch tygodni poprzedzających zwycięską ofensywę (11 – 18 maja) pod osłoną nocy gromadziliśmy amunicję do moździerzy. Musieliśmy ją przenosić na własnych barkach. Mowy nie było o dowiezieniu jej na nasze stanowisko. Mordercza to była praca zważywszy na to, że na każdy moździerz przypadało 4 tony amunicji. Żołnierze nie oszczędzali się. I skończyło się źle. Jeden z nich przecenił swoje siły. Padł pod ciężarem amunicji, zalany potokiem krwi. Skonał pod krzewem tarniny farbując na czerwono jej gałązki.

Czy jest pani w stanie wyobrazić sobie skrawek ziemi, a na nim ustawione dwa tysiące dział i moździerzy? Straszliwy huk i zapach spalin spotęgowany jeszcze gęstym dymem zastosowanym specjalnie przez nas dla zamaskowania stanowiska. I ciągła kanonada. Kto nie padł, trwał na posterunku aż do zwycięstwa, aż do zdobycia klasztoru. Nawet mistrz Wańkowicz nie potrafił opisać tych okropności.

Droga na Rzym została otwarta, a waleczność polskiego oręża owiana nową legendą. Wiem, że za krew przelaną za ojczyznę nie ma zapłaty. Wielu moich towarzyszy już nie żyje. Spoczywają na wojskowym cmentarzu u stóp Wzgórza, o które toczyli zaciekły bój. Inni sterani wojną odeszli na zawsze… A ja cieszę się, że doczekałem czasów, w których historia oddała sprawiedliwość także nam, żołnierzom spod Monte Cassino.

Powiem jeszcze tylko tyle, że byłem wśród żołnierze, którzy zameldowali się jako ostatni po bitwie. Wyszła nam na spotkanie czołówka teatralna. Żołnierze wiwatowali, a Zosia Terné zaśpiewała mocnym głosem „Czerwone maki na Monte Cassino, zamiast rosy piły polską krew”.

Franiszek Pykosz, żołnierz kampanii wrześniowej i uczestnik walk pod Monte Cassino, urodził się w Załężu w 1909 r. Jako żołnierz 20 Pułku Ułanów im. Jana Sobieskiego w Rzeszowie walczył w okolicach Radymna, Jarosławia i Lwowa. Dostał się do sowieckiego obozu jenieckiego, skąd udało mu się ucic. Schwytany przy przekraczaniu granicy na Sanie, został zesłany na Syberię. Stamtąd trafił do tworzącej się armii gen. Andersa i wraz z nią przeszedł szlak bojowy przez Iran, Irak, Palestynę, Egipt aż do Italii. Walczył w bitwie pod Monte Cassino, brał udział w wyzwalaniu Ancony i Bolonii. Następnie wyjechał do Anglii. Do Polski wrócił w 1947 roku. Był więziony przez UB w latach 1949 – 50 (oskarżony o szpiegostwo na rzecz Andersa), bity i poddawany torturom. Po zwolnieniu pracował w swoim gospodarstwie. Zmarł w roku 1995. (źródło: „Iskra historii. Szkoła Podstawowa im. św. Stanisława Kostki w Załężu”. 1857 Załęże 2010)

Życiorys Franciszka Pykosza możecie przeczytać tutaj.

W tym dniu szczególnie Go wspominamy.

 

Monte Cassino

 Klasztor na Monte Cassino – widok z Polskiego Cmentarza Wojennego. Wikimedia Commons/cc. Fot. Pilecka

 Rys historyczny walk o Monte Cassino.

 


Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.